Ostatnio na blogu:

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wełna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wełna. Pokaż wszystkie posty

Jesień i zima to zdecydowanie moje ulubione pory roku. Wraz z nadejściem krótkich dni i niższych temperatur zawsze budzi się we mnie chęć do działania. Przez większość czasu jest ciemno i zimno, czerń nie płowieje, a ja nie odnoszę wrażenia, iż karykaturalnie odznaczam się na tle otoczenia. Z resztą, jeżeli ktoś zwraca uwagę na godziny publikacji moich wpisów, z łatwością może wydedukować o jakiej porze dnia (i nocy) preferuję pracować i lepiej mi się myśli.



Wiele osób, zasadniczo tych ciepłolubnych, nie widzi jedak nic pozytywnego w obecnej pogodzie za oknem, szczególnie pod kątem swoich stylizacji. No bo co to za frajda, opatulić się niczym mumia a następnie zagotować w pierwszym lepszym autobusie. W przypadku drugiego problemu, często wynika on z braku wiedzy a co za tym idzie naszych złych decyzji zakupowych. Mowa tu chociażby o zwracaniu uwagi na podszewkę płaszcza, o czym pisałam w ubiegłym roku tutaj oraz częściowo tutaj. Co do pierwszej kwestii, wadę można bardzo łatwo przekuć w zaletę. W końcu możliwość warstwowego noszenia ubrań daje większe pole dla kreatywości. Sęk w tym, aby w naszej szafie znajdowały się rzeczy, których zakładanie sprawia nam przyjemność. Owszem, odnalezienie połączenia estetycznego i ciekawego z funkcjonalnym bywa trudne, nie jest jednak niemożliwe. Przykład? Polska projektantka Anna Dudzińska, której to twórczości poświęcam dzisiejszy wpis.



"DUDZINSKA to marka, której styl można określić jako użytkowa awangarda.", takie zdanie widnieje na stronie marki i całkowicie się z nim zgadzam. Projektantka w oryginalny sposób wplata inspiracje architekturą i nowoczesnym wzornictwem, eksponuje strukturę wykorzystywanych materiałów i bawi się trójwymiarowością. Brzmi dość szalenie, jednak proste, przyjazne dla sylwetki kroje ubrań uspokajają całość, dając wizualnie bardzo ciekawy efekt. Przede wszystkim są to jednak rzeczy jak najbardziej do noszenia na codzień, w większości utrzymane w ciepłej kolorystyce. Dominują beże i szarości, gdzieniegdzie przeplatane niebieskim tudzież czarnym. Część projektów okraszono uroczymi frędzlami w większej bądź mniejszej ilości.



Gdzie nie spojrzeć, u Anny Dudzińskiej króluje wełna. Wełna, wełna i jeszcze raz wełna. Żaden nędzny akryl, projektantka w ten sposób manifestuje m.in. swój silny związek z naturą. Więź tą doskonale widać w niesamowicie klimatycznej kampanii "Natural Thing", autorstwa Kasi Bielskiej. Zachęcam do wzięcia udziału w tej wizualnej uczcie dla oka (klik), aż chce się owinąć w jeden z zaprezentowanych swetrów czy szalików, co z resztą ostatecznie zachęciło mnie do złożenia zamówienia (tak jakby wcześniej trzeba było mnie jakoś wybitnie przekonywać, dobry design broni się sam).



Mięsiste czapki? Są. Przeskalowane szaliki? Również. Fantazyjne swetry? Obecne. A także sukienki, tuniko-swetry, płaszcze, spódnice, nawet spodnie! Pomimo mocno estetycznie określonej formy ,ubrania od Dudzińskiej dają szerokie pole do popisu w kwestii stylizacji. Wybór jest naprawdę szeroki, wszystko oczywiście w stu procentach z najwyższej jakości, specjalnie wyselekcjonowanej wełny. Co więcej, każda rzecz wykonywana jest ręcznie w Polsce, zatem dokonując wyboru, mamy okazję wesprzeć nasz rodzimy rynek. W związku z "handmade", przy składaniu zamówienia online należy liczyć się z możliwością 14 dniowego oczekiwania, co i tak nie jest żadnym utrudnieniem. Koniec końców apetyt rośnie w miare czekania. Ubrania projektantki można było zobaczyć podczas ostatnich targów HUSH, stacjonarnie natomiast należałoby się udać do Designers Place bądź Miasteczka Wilanów w Warszawie. Cieszy mnie obecność projektów Anny Dudzińskiej w jednym z berlińskich butików. 


Zdaję sobię sprawę, iż co poniektórych mogą zrazić teoretycznie mało przystępne ceny. Trudno jednak, żeby tak autorska praca została wyceniona jak pierwsze lepsze rzeczy z sieciówki. Co więcej, tak być nie powinno. Dopóki nie dostrzeżemy i nie docenimy, iż za daną realizacją stoi konkretna osoba, jej pomysłowość a co za tym idzie projekt, swoista unikalność czy wręcz unikatowość, do tego ręczna robota i dbałość o detal, cena zawsze będzie wydawała się zbyt wygórowana. Może zamiast po raz kolejny kupić jednosezonowe modowe koszmarki, warto zainwestować w rzecz, która przy odpowiedniej pielęgnacji posłuży nam na długie lata? Nie może, a na pewno. 



Warto śledzić strone na Facebook'u projektantki, oprócz znalezienia inspiracji jest to najprostrza droga do bycia poinformowanym o rabatach i wyprzedażach. W tym miejscu chciałabym docenić profesjonalność w kontakcie i obsłudze klienta, nawet tak informatycznie ułomnego jak ja. Niby oczywiste, a niestety dalej stanowi abstrakcję dla niektórych firm czy, o zgrozo, większych platform sprzedażowych, teoretycznie budzących większe zaufanie. Na razie postanawiam jednak odpuścić i nie wskazywać nikogo palcem, do dwóch razy sztuka ; )



Na zakończenie, a propos samego szalika, jestem nim nieustannie zachwycona. Pomimo swej obszerności jest zadziwiająco lekki i znakomicie grzeje.Nie do końca jest biało-czarny (tak jak jest to widoczne na zdjęciach), raczej ecru i ciemnoszary, ale dzięki temu nie tworzy przesadnego kontrastu z moją twarzą. Co prawda polubił się aż za bardzo z moim płaszczem od Neige Tees, a co za tym idzie permanentnie zdarza mu się go "obłazić", tym niemniej radość z jego noszenia przyćmiewa tę małą niedogodność.

Marzyliście o miękkim, ciepłym, a do tego niebanalnym swetrze? Teraz wiecie gdzie szukać. 









fot. Nikola Mróz

szalik: Anna Dudzińska via annadudzinska.com
płaszcz: Neige Tees
buty: Kazar
koszula: Wólczanka
okulary: Brylove
biżuteria: Yes, Apart, W.Kruk
kolczyki w kształcie dłoni KOPI


__________________________________________

Spodobał Ci się wpis lub chciałbyś coś dodać od siebie? Będzie mi niezmiernie miło, jeśli zostawisz komentarz ; )

Jeżeli nie chcesz przegapić nowych tekstów na blogu, zapraszam do śledzenia strony na facebook'u, na której komentuję również bieżące wydarzenia ze świata mody i dzielę się inspiracjami.

Nikogo chyba nie zaskoczę stwierdzeniem, iż zamiast irytującego włóczenia się po galeriach handlowych, preferuję poszukiwania w Internecie, Nie jest to nic odkrywczego, w końcu coraz więcej z nas ochoczo robi zakupy wirtualnie. Prosty, przyjemny i wygodny sposób ( o ile nie musimy użerać się zbytnio z kurierem), do tego gdy dobrze poszukać, można natrafić na prawdziwe perełki. 


No właśnie, w dzisiejszym wpisie chciałabym zachęcić Was do wytyczania własnych zakupowych ścieżek, niekoniecznie na tych najpopularniejszych stronach. W końcu celem jest wyróżnienie się, zatem im marka mniej znana szerszemu gronu konsumentów, tym lepiej. Oczywiście, często jest to proces czasochłonny, tym niemniej apetyt rośnie w miarę jedzenia, a znalezienie trofeum daje niewątpliwie satysfakcję. W moim przypadku idealnym przykładem jest długi, wykonany z surowej w dotyku wełny płaszcz, wzbogacony na plecach o parę budzących lekką nieufność oczu. Za projektem owego ubrania stoi Neige Tees, marka do tej pory zupełnie mi obca, na której trop wpadłam kompletnie nieoczekiwanie.



Bardzo lubię, gdy moda łączy się ze sztuką, w mniej lub bardziej oczywisty sposób. Dzięki temu pozornie proste rzeczy o nic nie odkrywającym kroju, pod względem estetycznym mogą wzbić się na zupełnie inny poziom. Czasem jeden detal potrafi nadać nowy kierunek i zadecydować o oryginalności danego ubrania. Innymi słowy, jest to najprostrza droga do ożywienia swojej garderoby i przełamania jej banalności. O poznaniu nowych artystów nie wspominając.


Jak napisałam wyżej, na markę Neige Tees natknęłam się zupełnie przypadkiem. Do zerknięcia okiem na jej ofertę nie musiałam się za długo przekonywać. Mianowicie marka szyje w Polsce, w ograniczonej ilości, czyli tak, jak modowa część mojej duszy lubi najbardziej. Co więcej, materiałami dominującymi w kolekcjach są wełna, bawełna oraz wiskoza. W momencie odbioru płaszcza pozytywnie zaskoczyła mnie również mrówcza dbałość wykończenia, co niestety w dalszym ciągu nie jest nadrzędną sprawą w przypadku niektórych polskich marek. Biorąc pod uwagę stosunek ceny do jakości, ubrania Neige Tees to nader okazyjny kąsek.



Patrząc na ofertę marki, nie należę raczej do jej grupy docelowej. Praktycznie wszystkie propozycje Neige Tees wpisują się w ruch normecore'u oraz sportowego streetwear'u, są to więc kierunki raczej dla mnie odległe, punktem wspólnym jest jednak wszechobecna czerń. Jeżeli ktoś poszukuje prostego t-shirtu, oversizeowej bluzy czy płaszcza, które nie rozpadną się po pierwszym praniu, z pewnością znajdzie coś dla siebie.

Biorąc pod uwagę estetykę i obecne trendy panujące na świecie, wcale nie dziwi mnie zdecydowanie bardziej zaznaczona obecność marki za granicą aniżeli w Polsce. Fani MSBHV znajdą Neige Tees stacjonarnie w Pradze, Londynie, Amsterdamie oraz Antwerpii.



Last but not least, byłoby dużą ignorancją z mojej strony nie napisać o artystce, w której głowie zrodziły się owe tajemnicze oczy. Mowa o Aleksandrze Waliszewskiej, polskiej malarce, graficzce oraz ilustratorce, do której efektu współpracy z Neige Tees należy właśnie m.in. mój płaszcz. Artystka nieustannie zaskakuje, malując średnio jedno dzieło dziennie. Wszystki lubujących się w sztuce przyprawiającej o gęsią skórkę odysłam na http://waliszewska.tumblr.com/ oraz https://www.youtube.com/watch?v=iYKEm5KTAvM . Ja jestem nieprzerwanie zachwycona.



płaszcz: Neige Tees via neigetees.com
koszula: vintage
spodnie: Massimo Dutti
buty: Uterque
torebka: Lauren by Ralph Lauren
biżuteria: Apart, W.Kruk. Yes
kolczyki w kształcie dłoni: KOPI via kopi.com.pl

Fot. jak zawsze niezawodna Nikola Mróz <3
__________________________________________

Spodobał Ci się wpis lub chciałbyś coś dodać od siebie? Będzie mi niezmiernie miło, jeśli zostawisz komentarz ; )

Jeżeli nie chcesz przegapić nowych tekstów na blogu, zapraszam do śledzenia strony na facebook'u, na której komentuję również bieżące wydarzenia ze świata mody i dzielę się inspiracjami.

Każdego roku, wraz z nadejściem sezonu jesienno-zimowego, na nowo rozpoczynają się zażarte dyskusje na temat futer. Wystarczy jedno zdjęcie jakiejkolwiek celebrytki aby zarówno przeciwnicy jak i zwolennicy naturalnych futer znacząco się uaktywnili i tym samym przyczyniali do jako takiego poruszania problemu. W przyszłości również planuję napisać o tym parę akapitów, jednakże dzisiejszy wpis chciałabym poświęcić innej zagwozdce, o której mówi się bardzo mało lub prawie wcale, a mianowicie etycznemu aspektowi wełnianych wyrobów.

Biorąc do ręki pierwszy lepszy sweter z oferty popularnych sieciówek możemy założyć, iż jeżeli jest wykonany częściowo lub w całości z wełny owczej, to krajem pochodzenia surowca będą najprawdpodobniej Australia, Chiny czy też Nowa Zelandia, gdyż są to obecnie najwięksi eksporterzy tego towaru. O Chinach wspomniałam już poruszając problem skóry naturalnej, nie zaszkodzi jednak napisać jeszcze raz, że skoro istnieje tam problem z przestrzeganiem praw człowieka, to o respektowaniu praw zwierząt można zapomnieć. Zdziwić może jednak fakt, iż kraj wysoko rozwinięty i z reguły budzący pozytywne skojarzenia jakim jest Australia, w sprawie owiec ma naprawdę sporo za uszami. Mowa tu przede wszystkim o bolesny procederze jakim jest mulesing.

Anatomia owiec sprzyja powstawaniu stanów zapalnych oraz siedlisk różnorakich instektów w tylnej części ciała tych niewinnych zwierząt. W związku z tym hodowcy w celu pozbycia się problemu stosują mulesing, polegający na wycinaniu fragmentów skóry a czasem nawet części ciała owcy. Tym, co wzbudza kontrowersje, jest wykonywanie zabiegu na własną rękę, bez użycia
środków znieczulających ani obecności wykwalifikowanej pomocy medycznej. Tym samym zwierzęta skazuje się na ogromne cierpienie wyłącznie dla minimalizacji kosztów. Cały proceder nie jest w żaden sposób uregulowany prawnie, gdyż obowiązek znieczulenia nie leży w interesie społecznym ani gospodarczym kraju, w związku z tym hodowcy są kompletnie bezkarni. Pomimo interwencji ze strony różnych światowych organizacji pozarządowych, sytuacja w dalszym ciągu pozostaje niezmienna, oczywiście na niekorzyść bezbronnych zwierząt.

Kolejnym problemem jest aspekt stricte ekologiczny. Co prawda w porównaniu z bawełną konwencjonalną obróbka wełny nie wymaga dużej ilości wody, jednakże chemikalia stosowane w trakcie produkcji dostają się do ekosystemu i jest to zdecydowanie negatywne zjawisko. Ponadto hodowla wymaga wykorzystania dość dużych terenów, które w wyniku nadmiernej ekspoatacji finalnie ulegają degradacji.

Co zatem możemy zrobić? Po pierwsze szukać w sklepach ubrań z dopiskiem non mulesed wool, aczkolwiek z doświadczenia wiem, że znalezienie takiego produktu w sieciówce jest bardzo trudne, żeby nie powiedzieć niemożliwe. Podobnie jest z weryfikacją pochodzenia wełny. Oprócz tego warto poszukać, np. na oficjalnych stronach marek do których zaglądamy najczęściej, informacji o polityce danej firmy w sprawie traktowania zwierząt, jednakże to co wyczytamy, w szczególności w przypadku odzieżowych gigantów (Inditex, LPP, H&M Group), należy traktować z daleko idącym dystansem. W związku z coraz większym zainteresowaniem etyką i szeroko pojętym CSR (corporate social responsability) w przemyśle odzieżowym, wiele firm stara się fałszywie wybielić swój wizerunek aby nie utracić klientów.

 Na szczęście coraz większą popularnością cieszą się ekologiczne hodowle, zapewniające odpowiednie, humanitarne traktowanie zwierząt jak i zwracające uwagę na oddziaływanie na środowisko. W przyszłości produkty pochodzące z tego typu hodowli powinny być bardziej dostępne na rynku, warto więc rozglądać się za nimi już teraz. Obecnie natomiast najlepszą alternatywą dla sieciówek jest poszukiwanie marek specjalizujących się w wyrobach wełnianych, często wyrabianych ręcznie. Dzięki temu mamy możliwość weryfikacji wszystkich istotnych dla nas informacji, a w dodatku wspieramy to, co polskie. Zdecydowanie lepszym wyborem jest zainwestowanie w jeden porządny sweter na kilka lat, zarówno pod względem jakościowym,estetycznym jak i etycznym. Możnateż spróbować chociaż częściowo zrezygnować z wełny w naszej garderobie poprzez np. kupienie swetra z bawełny, jeżeli oczywiście nie będzie nam za zimno.

fot.Nikola Mróz














płaszcz: COS
koszula: Simple
buty: Chocolate Schubar
torebka: Lauren by Ralph Lauren
okulary: Dior
biżuteria: Apart, W.Kruk


W poprzednim wpisie szczegółowo opisałam podszewkę i dlaczego to właśnie od niej należy zacząć weryfikację jakości płaszcza. Drugim etapem jest oczywiście sprawdzenie z czego został wykonany wierzch danego okrycia. W tym przypadku włókno jakim jest wełna nie ma sobie równych.
Z definicji terminem wełny określa się włókno naturalne, uzyskiwane z okrywy włosowej owcy lub też innych przeżuwaczy, w praktyce jednak w zależności od rodzaju zwierzęcia od którego pozyskujemy runo, każda wełna ma swoją nazwę.

Zdecydowanie najpopularniejsza jest wełna owcza, którą klasyfikuje się ze względu na rasy. I tak:
  • Wełna merynosowa (merino wool)- wyrabiana jest z runa owiec rasy hiszpańskiej, obecnie hodowana przede wszystkim w Nowej Zelandii i Australii oraz najbardziej dostępna. Charakteryzuje się puszystymi i jednocześnie bardzo cienkimi włóknami, dzięki czemu nie podrażnia naszej skóry.
  • Wełna szetlandzka- uzyskiwana z owiec zamieszkujących Szetlandy (stąd nazwa). Ze względu na warunki tam panujące, ich runo jest gęstsze i bardzo mocne.
  •   Wełna szewiotowa- nazwa pochodzi od owcy Cheviot, której włosie jest krótsze, sztywniejsze ale w dalszym ciągu wysokiej jakości.

Oprócz tego wełnę pozyskuje się również z kóz, otrzymując:
  •   Moher- włókno pochodzące od kozy angorskiej jest miękkie, z lekkim połyskiem ale przede wszystkim jako jedyne odporne na filcowanie.
  • Kaszmir-  wełna z kozy kaszmirskiej jest odporna i  niebywale delikatna w dotyku. Jej włókna są cienkie, dzięki czemu tkaniny z niej wykonane są wyjątkowo lekkie i ładnie się układają. Niestety, odmiana ta jest dosyć droga, nikogo więc niech nie zdziwi sweter z kaszmiru pierwszego gatunku przynajmniej za ponad 1000 zł.

Przy klasyfikowaniu wełny nie należy pominąć również wielbłądziej, której sposób pozyskiwania różni się od wcześniej wymienionych. Mianowicie:
  • Alpaka- uzyskiwana z lam hodowanych na zboczach Peru i Boliwii, pod względem termicznym jest najcieplejszym gatunkiem, wykazuje najwyższe właściwości izolacyjne. Lam się jednak nie strzyże, a jedynie wyczesuje. Rzeczy częściowo wykonane z alpaki coraz częściej można znaleźć w ofercie naszych sklepów.
  •  Wikunia- wełna najrzadziej spotykana i uważana za najbardziej luksusową. Wikunia jest najmniejszym przedstawicielem lamy, głównie żyjącym dziko i objętym ochroną. Od jednego zwierzęcia uzyskuje się zaledwie ok.240 gramów wełny w skali roku, co w porównaniu np. z merynosami, od których w wyniku jednego strzyżenia otrzymuje się nawet do 5kg, daje śmieszną ilość wełny. Co więcej, wikunii się ani nie strzy[C1] że ani nie wyczesuje- wełnę zbiera się jedynie np. z krzaków o które zwierzę się otarło. Stąd też wysokie ceny włókna, które ze względu na mały zasób poddaje się licytacji.

Na zakończenie warto wspomnieć o angorze uzyskiwanej z królików angorskich, która ze względu na wybitnie niehumanitarny sposób pozyskiwania jest obecnie bojkotowana i wycofywana ze sprzedaży przez coraz więcej marek. Istnieje zatem mała szansa na ujrzenie angory na metce, jeżeli jednak tak się zdarzy, warto od razu zrezygnować z zakupu w ramach zasady „Na sercu raźniej a i królikom lżej”.

Jak widać gatunków wełny jest wiele, wszystkie jednak łączą te same ogólne zalety m.in. wysoka izolacyjność.  Dzięki temu nawet cienki sweter będzie w stanie nas ogrzać. Oprócz tego wełna jest higroskopijna, dosyć plamoodporna oraz stosunkowo wolno nasiąka wodą- jeżeli zatem nagle złapie nas padający śnieg, nie musimy obawiać się przemoczenia. Należy przy tym jednak pamiętać o pierwszej wadzie tego włókna, mianowicie podatności na rozciąganie. Jeżeli już nie uda nam się schronić przed opadem, pamiętajmy, aby nie narażać naszego ubrania na zagniecenia, które potem może być ciężko usunąć. Dodatkowo wełna ma tendencję do spilśniania, czyli filcowania się wskutek tarcia, wysokiej temperatury czy stałej wilgoci, oraz mechacenia się. Podsumowując, wełna jest bardzo wymagająca jeżeli chodzi o pielęgnację (przede wszystkim pranie), jeżeli jednak będziemy o nią odpowiednio dbali, ubranie z niej wykonane posłuży nam latami. Idealnym przykładem jest mój płaszcz ze zdjęcia, który przez siedem sezonów noszenia przeżył różne kataklizmy w tym dwukrotne oblanie sylwestrowym szampanem. Oczywiście coraz bardziej są dostrzegalne ślady użytkowania, niemniej jednak żaden poliestrowo-akrylowy substytut by tyle nie wytrzymał.

Jak zatem powinien wyglądać skład wierzchu naszego okrycia? Wiele zależy od naszych upodobań. Najelegantszą, najdelikatniejszą a zarazem najdroższą wersją jest płaszcz wykonany w stu procentach z kaszmiru (wikunię pomijam). Można uszyć go na miarę, zdecydowanie jednak nie nadaje się do użytku codziennego. Dobrym przykładem jest połączenie merino wool z moherem w celu uodpornienia włókna na filcowanie, kilka procent kaszmiru natomiast uszlachetni nasz płaszcz. Tym, którzy nie przepadają za połyskiem moheru, pozostaje alternatywa w postaci domieszki poliestrowej. Powtarzam-domieszki, a zatem nie więcej niż kilkanaście procent.

Wełna posiada jeszcze jedną wadę, o której rzadko się wspomina, a jest nią powodowanie uczuleń i bycie jednym z silniejszych alergenów przez fakt, iż pochodzi od zwierząt. Istnieje jeszcze jedna, ciemna strona wełny, o tym jednak w następnym wpisie.


fot. Nikola Mróz














płaszcz: no name
koszula:Massimo Dutti
buty:Vagabond
torebka: Prima Moda
spodnie:Zara
Biżuteria:Apart, W.Kruk