Ostatnio na blogu:

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty


Przyglądając się swojej garderobie, z łatwością jestem w stanie przypomnieć sobie okoliczności zakupu praktycznie każdej rzeczy (nie wiem, czy jest to kwestia bycia sentymentalną, czy raczej umiejętności łatwego zapamiętywania błahostek). Nie inaczej jest w przypadku zamszowych butów prezentowanych w tym wpisie. Mianowicie, ponad dwa lata temu, ów para ukazała się mym oczom w jednym ze sklepów online. Ponieważ 40-to procentowa zniżka nie do końca mnie wtedy przekonała, postawiłam sobie jeden warunek- dokonam zakupu, jeżeli dostanę się za pierwszym razem na studia. 2 miesiące później buty znajdowały się już w mojej szafie.

Z pewnością pasuje do nich oksymoron "nowoczesna klasyka", odnoszący się do jednego z podstawowych fasonów męskiego obuwia. Do którego konkretnie- oxfordów czy derbów? O jednych i o drugich kilka słów w dzisiejszym wpisie.

Historia oxfordów sięga początkow XVII wieku, kiedy to mężczyźni wciąż nosili buty z wysoką cholewą, zapiane na klamry lub paski. Jak zwykle potrzeba okazała się matką wynalazku. Na rynku pojawił się nowy, wygodniejszy model- lekkie półbuty o kwadratowej linii palców, wiązane sznurowadłami. Fason od razu spodobał się studentom, szczególnie tym z Oxfordzkiego Uniwersytetu, ze względu na funkcjonalność jak i prostotę. To właśnie od ich miejsca edukacji wzięła się nazwa tego modelu. Dalej oxfordy zawędrowały do Stanów Zjednoczonych, gdzie Tomasz Jefferson postanowił zabawić się w trendsettera. Początkowo patrzono nieufnie na modowy wybór prezydenta, jednakże z biegiem czasu buty stopniowo zaczynały być akceptowane i tym sposobem pod koniec XIX wieku uważano je już za oczywisty element miejskiego stylu. W Anglii natomiast oxfordom nie pozostał obojętny nikt inny jak król Edward VIII, znany ze swej ekstrawagancji. Kto jak nie on mógł założyć model wykonany z zamszu i do tego w kolorze brązu? Koniec końców, po pierwszej wojnie światowej, oxfordy zagościły również w garderobach wyemancypowanych kobiet, idealnie sprawdzając się w roli eleganckich butów podczas spacerów po mieście.

 Piękne oxfordy z czarnej skóry licowej marki Yanko, poproszę identyczną wersję dla kobiet! zdjęcie via patine.pl

Dzisiaj wiedenki (inna nazwa oxfordów) to absolutna klasyka i bezapelacyjnie każdy mężczyzna powinien posiadać przynajmniej jedną parę. Podobnie jest w przypadku derbów. Co zatem pozwala je od siebie odróżnić? Diabeł tkwi w szczególe, który tym razem nazywa się " zamknięta obłożyna". Otóż w prawdziwych oxfordach płaty boczne (obłożyny) z dziurkami na sznurowanie winny być wszyte pod przednią część buta okrywającą palce, tzw. przyszwę. Dzięki temu but jest zgrabniejszy, smuklejszy, i cechuje się wysokim stopniem formalności. Derby natomiast posiadają obłożynę otwartą, czyli ich boki naszyte są na wierzch przedniej części butów, co nadaje im mniej oficjalnego charakteru. 


Derby marki Yanko via patine.pl

Dodatkowo, w kwestii formalności, oxfordy oxfordom nierówne, podobnie jest w przypadku derbów. Skórzana podeszwa zawsze będzie bardziej formalna od jej syntetycznego odpowiednika, skóra lakierowana od licowej, a ta z kolei od zamszu czy nubucku. Kolor również ma znaczenie- czerń niezmiennie pozostaje najbardziej elegancką wersją wśród brązów czy wiśniowych odcieni. W tym momencie warto jeszcze wspomnieć o butach typu "brogues", które są niczym innym jak oxfordami bądź derbami, dodatkowo ozdobionymi specjalnymi ażurowaniami, które czynią obuwie jeszcze mniej oficjalnymi. Zdobienia te wywodzą się z siedemnastowiecznej Szkocji i Irlandii, a więc terenów dość podmokłych. Specjalnie przekłuwana skóra miała ułatwiać swobodne wyciekanie wody. 

Takimi broguesami również bym nie pogardziła ; ) zdjęcie via patine.pl

A więc, derby czy oxfordy? Ze względu na niski stopień formalności mojej pary, skłaniam się ku pierwszej opcji.

fot.Nikola Mróz












buty: Minimarket
torebka: Simple
płaszczyk: Benetton
okulary: Brylove
kolczyki: KOPI via kopi.shopsood.com
nausznice: Apart
pierścionki: Apart, W.Kruk, Yes


Długa, czarna, dwurzędowa. Przeglądając ofertę internetowego outletu Simple wiedziałam, że ta pozycja musi znaleźć się w mojej szafie. Co prawda w opisie ów rzecz figurowała jako sukienka,  ale w XXI wieku możemy w sposób dowolny interpretować poszczególne fragmenty naszej garderoby, dlatego też w moim przypadku sukienka stała się kamizelką. A skoro o kamizelkach mowa, kilka słów o tym, w jaki sposób trafiły one do damskiej szafy.


Pojawienie się kamizelki z pewnością nie byłoby możliwe bez wykształcenia się ubioru krótkiego, którego początek leży u schyłku średniowiecza. Za jego ojczyznę uważa się Włochy, kraj wszelakich nowinek epoki odrodzenia, który z pewnością przyczynił się do popularyzacji takiego sposobu ubierania się w Europie. Początkowo ubiór krótki przyjmowany był sceptycznie, w szczególności przez Kościół, który dopatrywał się w nim oznak frywolności czy nawet w skrajnym przypadku bezbożnego życia. Z czasem jednak taka forma noszenia się stopniowo zyskiwała akceptację, głównie dzięki modzie dworskiej, aż do uznania jej za oficjalny ubiór dzienny.


A zatem ubiór krótki pomału ewoluował, stawał się coraz bardziej dopasowany, o czym pisałam już w kontekście marynarek. I tak kaftan przeobraził się w pourpoint, a następnie w justaucorps, który dzięki rozcięciu z przodu umożliwił wykorzystanie kamizelki. Co ciekawe, pierwotna kamizelka posiadała wąskie rękawy, a jej długość była taka sama co justaucorps. Plecy były wykonywane z prostego płótna, przód natomiast prezentował się zdecydowanie bardziej okazale dzięki bogatym haftom i innym zdobieniom. Wraz ze zmieniającą się modą oraz coraz większym dopasowaniem, kamizelka w końcu utraciła rękawy, a jej długość zmieniała się, głównie idąc w kierunku skrócenia. Zapinana jedynie w talii, idealnie nadawała się do ekspozycji żabotu koszuli. Do justaucorps (a potem habitu) i kamizelki noszono spodnie typu culotte o odmiennym kolorze (o culotte również pisałam wcześniej ). Warto dodać, iż w czasach Ludwika XV kamizelkę nazywano gilet, a w czasach konsulatu we Francji pozwalano sobie na sporą ekstrawagancję jaką było np. noszenie jednej kamizelki na drugą- w skrajnym przypadku dopuszczano się noszenia aż czterech na raz.



Przez lata kamizelka przetrwała różne zawirowania, finalnie posiadając płaski kołnierz lub trójkątne wycięcie oraz zapięcia z przodu, i jako spodnia część garnituru sięga nieco poza talię. W drugiej połowie XX wieku wraz z rozluźnieniem obyczajów i usportowieniem się ubioru, jej formalna wersja odeszła lekko w zapomnienie  i obecnie również nie cieszy się zbytnim powodzeniem wśród mężczyzn. Czeka zatem na swój renesans. Inaczej jest w przypadku kobiet, które kamizelkę zaczęły zapożyczać już w XIX wieku wraz z pojawieniem się kostiumu tailleur, inspirowanego męskim krojem. Dzisiaj ile kobiet, tyle wersji kamizelek ; ) Dłuższe, krótsze, jedno-, dwurzędowe lub w ogóle bez zapięcia, wykonywane z najróżniejszych materiałów i w najrozmaitszych wersjach kolorystycznych.  Mnie oczywiście przyciągnęła czarna o eleganckim kroju. 


fot.Anna Zdziarska











kamizelka: Simple
torebka: Massimo Dutti
buty: Gino Rossi
spodnie: Zara
bluzka:no name
okulary: Dior
biżuteria: Apart. W.Kruk


Moja pierwsza para creepersów pojawiła się już w jednym z wpisów na blogu, dzisiaj przyszedł czas na ich bardziej ekstremalną wersję ; ) W porównaniu do innych butów mają dość krótką historię, za to burzliwą i to nie tylko ze względu na ich wygląd.


Sznurowane trzewiki z zamszu na naturalnej gumowej podeszwie zapożyczyli Brytyjczycy, walczący na Bliskim Wschodzie podczas drugiej wojny światowej. Ten rodzaj obuwia zdecydowanie lepiej sprawdzał się podczas marszu po gorącym piasku, zapewniał również bezszelestne poruszanie się. Tym sposobem prototyp creepersów w postaci niedbale zszytych butów trafił do Wielkiej Brytanii. Początkowo gumową podeszwą zainteresował się Clarks, wykorzystując ją przy produkcji swoich popularnych trzewików. Na inny pomysł wpadł George Cox, który w swoim modelu creepersów z 1949 roku pogrubił o kilka centymetrów podeszwę oraz doszył "bieżnik" przez wierzch i wyściółkę. Okazała podeszwa szybko zdobyła zainteresowanie, szczególnie wśród młodych mężczyzn. Jako pierwsi przyswoili je sobie tzw. "Teddy Boys" czyli jedna z ówczesnych powojennch subkultur. Teddy Boys pochodzili najczęściej z niższych klas społecznych i ubogich rodzin. Żyjąc w czasach o niepewnej przyszłości, pragneli wyrażać swój bunt wobec nieprzychylnej rzeczywistości poprzez strój, a ozdobne, masywne creepersy idealnie komponowały się z długą marynarką, wąskimi spodniami i zaczesanymi włosami.


Zmierzch Teddy Boysów nastąpił dość szybko, głównie z powodu powiązań z miejskimi gangami, przestępczością i ogólnym konfliktem z prawem. Poza tym do głosu coraz bardziej zaczęła dochodzić subkultura modsów paradująca w sztybletach.  Na jakiś czas creepersy kojarzone z buntem musiały usunąć się w cień. Nie trwało to jednak długo, a to za sprawą Vivienne Westwood, królowej punku, która  z Malcolmem McLarenem w 1971 roku otworzyła butik "Let it Rock" przy King's Road. Ich oferta początkowo była skierowana właśnie do lekko zapomnianych już Teddy Boysów, jednak wraz z kilkukrotną zmianą szyldu poprzez  "Too Fast to Live Too Young to Die" aż po "Seditionaries", pod butikiem zaczęli gromadzić się pierwsi punkowcy.  Buty przetrwały dzięki swojemu buntowniczemu wizerunkowi i stanowiły ciekawą alternatywę dla martensów.


W latach osiemdziesiątych po creepersy sięgneli kreatorzy mody, bawiąc się grubością podeszwy oraz zestawiając buty w dość nieoczekiwany sposób np. z bandażowymi sukienkami. Powodzeniem cieszyła się również wersja klasyczna. Natomiast w latach dziewięćdziesiatych o kauczukowej podeszwie kompletnie zapomniano. Dziś na szczęście creepersy ponownie przeżywają swój renesans, w końcu żadne inne buty nie przykuwają swoją dziwnością wzroku jak one. Coraz częściej można spotkać przeróżne hybrydy tj. połączenie creepersów z monkami, sztybletami itd. 


Nie będę udawała, że ich ekstremalna wersja jest ultra wygodna i nadaje się do całodziennego biegania po mieście. Po pewnym czasie odczuwa się ciężar podeszwy, niemniej jednak wybranie się w takich creepersach na kawę to czysta przyjemność ; )

fot.Dominika Dąbrowska














buty: Underground
spodenki, koszula: Massimo Dutti
torebka: Lauren by Ralph Lauren
kurtka: no name
łańczuszek: no name
pierścionki: W.Kruk, Apart
okulary: Brylove



Były już wellingtony, były sztyblety, dzisiaj przyszedł czas na monki, na których punkcie kompletnie oszalałam ; )



Marynarka to zdecydowanie zaraz po butach moja ulubiona część garderoby. 

W zasadzie, wchodząc do jakiegokolwiek sklepu odzieżowego, w pierwszej kolejności zawsze rozglądam się właśnie za nimi. Ci, co znają mnie dosyć dobrze, wiedzą, że na próżno można szukać w mojej szafie sukienki, natomiast marynarki same wpadają w ręce. Nie tylko czarne.

W wersji formalnej czy też sportowej, obecnie jest to całkiem popularny i ceniony element naszego ubioru. Nie zawsze jednak tak było. Kiedy zatem powstała pierwsza marynarka i skąd się wzięła? Aby odpowidzieć na to pytanie, cofnijmy się o parenaście wieków.

W dzisiejszych czasach kobietom najczęściej przypisuje się przesadne dbanie o wygląd oraz niekończące się szykowanie do wyjścia. Tymczasem, gdyby popatrzeć wstecz, to panowie przez większość czasu wiedli prym w 'strojeniu się'. To oni jako pierwsi przyodziali koronki, niebotyczne, pudrowane peruki, a sam proces przyszykowania się potrafił trwać niemal pół dnia. Dzień w dzień. Mimo wszysto dobrze, że te czasy mamy już dawno za sobą.

Zjawisko to również było po części uwarunkowane społecznie. Dla przykładu, w Starożytnym Egipie głównie meżczyźni aktywnie uczestniczyli w życiu publicznym, dlatego też to właśnie oni nosili kilka złotych bransolet i ciężkie naszyjniki przy okazji rozmaitych uroczystości. Chęć podobania się i podkreślania swojej pozycji również nie była wtedy obca.

Czas średniowiecza to przede wszystkim skupienie się na Bogu. Teoretycznie. Bo skoro cała sylwetka powinna być zakryta, to chociaż zróbmy to 'na bogato', wykorzystując drogie materiały i fantazyjne zdobienia. Miejscami doprowadzało to do prób wydania zakazów ekstawaganckiego ubioru. Oczywiście bezskutecznie.

Początki XVI wieku należą do moich ulubionych, ze względu na umiłowanie czerni, wręcz w wersji total look. Dalej towarzyszy nam bogate zdobiennictwo, rezygnujemy jednak z ciężkiego sukna. Powoli więc do głosu zaczyna dochodzić funkcjonalność. Odzienie wierzchnie przestaje brudzić swą krawędź o ziemię, popularyzuje się kaftan, czyli męski ubiór pochodzenia wschodniego, który posiada długie rękawy, zapina się z przodu i siega co najwyżej kolan. W przyszłości ulegnie on wielu modyfikacjom i będzie stanowił punkt wyjściowy dla innych odmian okryć. Pierwszym z nich jest pourpoint, pochodzący z XVII wieku, wzbogacony o baskinkę (rozkloszowany pas materiału umieszczony przy talii) oraz rozcięcie rękawów. 

Początek XVIII wieku to oświecenie i triumf justaucorps (z franc. tuż przy ciele). Od pourpointu różnił się znacznie większym dopasowaniem, wąskimi rękawami oraz małymi mankietami. Wraz z podobnej długości kamizelką oraz spodniami do kolan, czyli culotte, tworzył habit, z czasem jednak pod tą nazwą krył się wyłącznie justaucorps. W czasach Ludwika XIV zapominamy na chwilę o tej funkcjonalności, poszerzamy mankiety, stosujemy dużo koronek, muślinowe chustki, a spod kamizelki dumnie prezentuje się żabot koszuli.

 XVIII wiek to również kilka nowinek i nowych wariacji na temat kaftanu. Najbardziej charakterystyczną jest redignot lub 'riding coat'- długi płaszcz z dwoma kołnierzami, w tym jeden w formie pelerynki, świetnie sprawdzający się w podróży. Początkowo uważany za wybitnie nieelegancki, po kilkunastu latach jest już w powrzechnym użyciu. W ten sposób moda angielska stopniowo ogarnia Europę. Kolejnym zapożyczeniem staje się frak, w dzisiejszych czasach uważany za najbardziej formalny. Oczywiście obecny różni się minimalnie od pierwowzoru, który cechował się niewielkim kołnierzem i klapami, oraz połami mocno wyciętymi z przodu do pasa w dół.

 Stąd już o krok od naszej marynarki. Mianowicie termin ten początkowo oznaczał kurtkę zakładaną pod wcześniej wymieniony redignot. Z czasem jednak marynarka usamodzielnia się i około 1850 roku przybiera krótką formę ubioru męskiego. Uważana jest jednak za strój bardzo niedbały, a na znaczeniu zyska dopiero w XX wieku, kiedy to garnitur (marynarka+kamizelka+spodnie uszyte z tego samego materiału) stanie się ubraniem do użytku codziennego. Zaczynają powstawać różne wariacje na jej temat, np. w latach 30-tych bardzo popularna staje się marynarka dwurzędowa, prezentowana przeze mnie na zdjęciach. Lata trzydzieste uważa się za przykład szyku i elegancji, wiele zasad dotyczących formalnego ubioru pochodzi własnie z tego okresu.

A zatem moja marynarka to dwurzędówka, czyli, jak sama nazwa wskazuje, posiadająca dwa rzędy guzików. Występują one w różnych konfiguracjach, np 6x3, 4x2. Pierwsza cyfra oznacza ogólną liczbę guzików, druga natomiast informuje o liczbie guzików teoretycznie nadających się do zapięcia. Moja marynarka to typ 6x2, nie oznacza to jednak, że dwa guziki powinny być zapięte. Zgodnie z zasadami męskiego ubioru, ostatni z nich u dołu powinien być zawsze odpięty (dzięki temu marynarka lepiej się układa). Jeżeli nasza marynarka ma tylko jeden, pozostaje on zapięty. W pozycji siedzącej marynarka powinna zostać rozpięta. To zaledwie promil promila podstawowych zasad dress code`u. Osobiście uważam klasyczny męski ubiór za wybitnie skomplikowany, ale jednocześnie o wiele bardziej fascynujący od damskiego. 

Obecnie nieznajomość meandrów męskiej elegancji powoduje ogólną niechęć do garniturów, który najczęściej kojarzony jest wyłącznie z formalnymi sytuacjami lub pracą w korporacji. Prawda jest jednak taka, że nie każda marynarka nadaje się wyłacznie na imieniny szwagra. Zachęcam do próby poznania podstawowych zasad, które w naprawdę bardzo przystępny sposób prezentowane są na wielu polskich blogach, prowadzonych przez Panów. Gwarantuję uzależnienie ; ) 

 Męski dress code nie jest mi obcy, dlatego też w razie wątpliwości chętnie odpowiem na pytania w komentarzach czy mailu ; )

P.S. Uważne osoby dostrzegą, że popełniłam mały modowy grzeszek, zapinając dwa guziki. Po pierwsze, silny wiatr podczas zdjęć brzydko rozchylał marynarkę, dlatego też zdecydowałam się na zapięcie obu. Po drugie, niektore źródła informują o możliwości zapinania takiej dwurzędówki na dwa guziki, ze względu na lepszą prezencję. W tym przypadku również siadając, marynarki nie powinniśmy odpinać. Po trzecie, jestem kobietą, czasem więc zasady przeznaczone dla meżczyzn traktuję z przymrużeniem oka ; ) Panowie jednak niech lepiej tego nie robią!

P.S.2 Warto zwrócić uwagę na dopasowanie ramion, moja marynarka jest minimalnie za szeroka w tym miejscu, dałam jednak za nią 20% ceny początkowej, dlatego też nie poskąpię na drobną przeróbkę krawiecką.

fot.Kamil Banasiak








marynarka, kopertówka; Simple CP
buty: Vagabond
spodnie: Zara
okulary: Brylove
biżuteria: W.Kruk, Apart