Ostatnio na blogu:


Jesień i zima to zdecydowanie moje ulubione pory roku. Wraz z nadejściem krótkich dni i niższych temperatur zawsze budzi się we mnie chęć do działania. Przez większość czasu jest ciemno i zimno, czerń nie płowieje, a ja nie odnoszę wrażenia, iż karykaturalnie odznaczam się na tle otoczenia. Z resztą, jeżeli ktoś zwraca uwagę na godziny publikacji moich wpisów, z łatwością może wydedukować o jakiej porze dnia (i nocy) preferuję pracować i lepiej mi się myśli.



Wiele osób, zasadniczo tych ciepłolubnych, nie widzi jedak nic pozytywnego w obecnej pogodzie za oknem, szczególnie pod kątem swoich stylizacji. No bo co to za frajda, opatulić się niczym mumia a następnie zagotować w pierwszym lepszym autobusie. W przypadku drugiego problemu, często wynika on z braku wiedzy a co za tym idzie naszych złych decyzji zakupowych. Mowa tu chociażby o zwracaniu uwagi na podszewkę płaszcza, o czym pisałam w ubiegłym roku tutaj oraz częściowo tutaj. Co do pierwszej kwestii, wadę można bardzo łatwo przekuć w zaletę. W końcu możliwość warstwowego noszenia ubrań daje większe pole dla kreatywości. Sęk w tym, aby w naszej szafie znajdowały się rzeczy, których zakładanie sprawia nam przyjemność. Owszem, odnalezienie połączenia estetycznego i ciekawego z funkcjonalnym bywa trudne, nie jest jednak niemożliwe. Przykład? Polska projektantka Anna Dudzińska, której to twórczości poświęcam dzisiejszy wpis.



"DUDZINSKA to marka, której styl można określić jako użytkowa awangarda.", takie zdanie widnieje na stronie marki i całkowicie się z nim zgadzam. Projektantka w oryginalny sposób wplata inspiracje architekturą i nowoczesnym wzornictwem, eksponuje strukturę wykorzystywanych materiałów i bawi się trójwymiarowością. Brzmi dość szalenie, jednak proste, przyjazne dla sylwetki kroje ubrań uspokajają całość, dając wizualnie bardzo ciekawy efekt. Przede wszystkim są to jednak rzeczy jak najbardziej do noszenia na codzień, w większości utrzymane w ciepłej kolorystyce. Dominują beże i szarości, gdzieniegdzie przeplatane niebieskim tudzież czarnym. Część projektów okraszono uroczymi frędzlami w większej bądź mniejszej ilości.



Gdzie nie spojrzeć, u Anny Dudzińskiej króluje wełna. Wełna, wełna i jeszcze raz wełna. Żaden nędzny akryl, projektantka w ten sposób manifestuje m.in. swój silny związek z naturą. Więź tą doskonale widać w niesamowicie klimatycznej kampanii "Natural Thing", autorstwa Kasi Bielskiej. Zachęcam do wzięcia udziału w tej wizualnej uczcie dla oka (klik), aż chce się owinąć w jeden z zaprezentowanych swetrów czy szalików, co z resztą ostatecznie zachęciło mnie do złożenia zamówienia (tak jakby wcześniej trzeba było mnie jakoś wybitnie przekonywać, dobry design broni się sam).



Mięsiste czapki? Są. Przeskalowane szaliki? Również. Fantazyjne swetry? Obecne. A także sukienki, tuniko-swetry, płaszcze, spódnice, nawet spodnie! Pomimo mocno estetycznie określonej formy ,ubrania od Dudzińskiej dają szerokie pole do popisu w kwestii stylizacji. Wybór jest naprawdę szeroki, wszystko oczywiście w stu procentach z najwyższej jakości, specjalnie wyselekcjonowanej wełny. Co więcej, każda rzecz wykonywana jest ręcznie w Polsce, zatem dokonując wyboru, mamy okazję wesprzeć nasz rodzimy rynek. W związku z "handmade", przy składaniu zamówienia online należy liczyć się z możliwością 14 dniowego oczekiwania, co i tak nie jest żadnym utrudnieniem. Koniec końców apetyt rośnie w miare czekania. Ubrania projektantki można było zobaczyć podczas ostatnich targów HUSH, stacjonarnie natomiast należałoby się udać do Designers Place bądź Miasteczka Wilanów w Warszawie. Cieszy mnie obecność projektów Anny Dudzińskiej w jednym z berlińskich butików. 


Zdaję sobię sprawę, iż co poniektórych mogą zrazić teoretycznie mało przystępne ceny. Trudno jednak, żeby tak autorska praca została wyceniona jak pierwsze lepsze rzeczy z sieciówki. Co więcej, tak być nie powinno. Dopóki nie dostrzeżemy i nie docenimy, iż za daną realizacją stoi konkretna osoba, jej pomysłowość a co za tym idzie projekt, swoista unikalność czy wręcz unikatowość, do tego ręczna robota i dbałość o detal, cena zawsze będzie wydawała się zbyt wygórowana. Może zamiast po raz kolejny kupić jednosezonowe modowe koszmarki, warto zainwestować w rzecz, która przy odpowiedniej pielęgnacji posłuży nam na długie lata? Nie może, a na pewno. 



Warto śledzić strone na Facebook'u projektantki, oprócz znalezienia inspiracji jest to najprostrza droga do bycia poinformowanym o rabatach i wyprzedażach. W tym miejscu chciałabym docenić profesjonalność w kontakcie i obsłudze klienta, nawet tak informatycznie ułomnego jak ja. Niby oczywiste, a niestety dalej stanowi abstrakcję dla niektórych firm czy, o zgrozo, większych platform sprzedażowych, teoretycznie budzących większe zaufanie. Na razie postanawiam jednak odpuścić i nie wskazywać nikogo palcem, do dwóch razy sztuka ; )



Na zakończenie, a propos samego szalika, jestem nim nieustannie zachwycona. Pomimo swej obszerności jest zadziwiająco lekki i znakomicie grzeje.Nie do końca jest biało-czarny (tak jak jest to widoczne na zdjęciach), raczej ecru i ciemnoszary, ale dzięki temu nie tworzy przesadnego kontrastu z moją twarzą. Co prawda polubił się aż za bardzo z moim płaszczem od Neige Tees, a co za tym idzie permanentnie zdarza mu się go "obłazić", tym niemniej radość z jego noszenia przyćmiewa tę małą niedogodność.

Marzyliście o miękkim, ciepłym, a do tego niebanalnym swetrze? Teraz wiecie gdzie szukać. 









fot. Nikola Mróz

szalik: Anna Dudzińska via annadudzinska.com
płaszcz: Neige Tees
buty: Kazar
koszula: Wólczanka
okulary: Brylove
biżuteria: Yes, Apart, W.Kruk
kolczyki w kształcie dłoni KOPI


__________________________________________

Spodobał Ci się wpis lub chciałbyś coś dodać od siebie? Będzie mi niezmiernie miło, jeśli zostawisz komentarz ; )

Jeżeli nie chcesz przegapić nowych tekstów na blogu, zapraszam do śledzenia strony na facebook'u, na której komentuję również bieżące wydarzenia ze świata mody i dzielę się inspiracjami.

Nikogo chyba nie zaskoczę stwierdzeniem, iż zamiast irytującego włóczenia się po galeriach handlowych, preferuję poszukiwania w Internecie, Nie jest to nic odkrywczego, w końcu coraz więcej z nas ochoczo robi zakupy wirtualnie. Prosty, przyjemny i wygodny sposób ( o ile nie musimy użerać się zbytnio z kurierem), do tego gdy dobrze poszukać, można natrafić na prawdziwe perełki. 


No właśnie, w dzisiejszym wpisie chciałabym zachęcić Was do wytyczania własnych zakupowych ścieżek, niekoniecznie na tych najpopularniejszych stronach. W końcu celem jest wyróżnienie się, zatem im marka mniej znana szerszemu gronu konsumentów, tym lepiej. Oczywiście, często jest to proces czasochłonny, tym niemniej apetyt rośnie w miarę jedzenia, a znalezienie trofeum daje niewątpliwie satysfakcję. W moim przypadku idealnym przykładem jest długi, wykonany z surowej w dotyku wełny płaszcz, wzbogacony na plecach o parę budzących lekką nieufność oczu. Za projektem owego ubrania stoi Neige Tees, marka do tej pory zupełnie mi obca, na której trop wpadłam kompletnie nieoczekiwanie.



Bardzo lubię, gdy moda łączy się ze sztuką, w mniej lub bardziej oczywisty sposób. Dzięki temu pozornie proste rzeczy o nic nie odkrywającym kroju, pod względem estetycznym mogą wzbić się na zupełnie inny poziom. Czasem jeden detal potrafi nadać nowy kierunek i zadecydować o oryginalności danego ubrania. Innymi słowy, jest to najprostrza droga do ożywienia swojej garderoby i przełamania jej banalności. O poznaniu nowych artystów nie wspominając.


Jak napisałam wyżej, na markę Neige Tees natknęłam się zupełnie przypadkiem. Do zerknięcia okiem na jej ofertę nie musiałam się za długo przekonywać. Mianowicie marka szyje w Polsce, w ograniczonej ilości, czyli tak, jak modowa część mojej duszy lubi najbardziej. Co więcej, materiałami dominującymi w kolekcjach są wełna, bawełna oraz wiskoza. W momencie odbioru płaszcza pozytywnie zaskoczyła mnie również mrówcza dbałość wykończenia, co niestety w dalszym ciągu nie jest nadrzędną sprawą w przypadku niektórych polskich marek. Biorąc pod uwagę stosunek ceny do jakości, ubrania Neige Tees to nader okazyjny kąsek.



Patrząc na ofertę marki, nie należę raczej do jej grupy docelowej. Praktycznie wszystkie propozycje Neige Tees wpisują się w ruch normecore'u oraz sportowego streetwear'u, są to więc kierunki raczej dla mnie odległe, punktem wspólnym jest jednak wszechobecna czerń. Jeżeli ktoś poszukuje prostego t-shirtu, oversizeowej bluzy czy płaszcza, które nie rozpadną się po pierwszym praniu, z pewnością znajdzie coś dla siebie.

Biorąc pod uwagę estetykę i obecne trendy panujące na świecie, wcale nie dziwi mnie zdecydowanie bardziej zaznaczona obecność marki za granicą aniżeli w Polsce. Fani MSBHV znajdą Neige Tees stacjonarnie w Pradze, Londynie, Amsterdamie oraz Antwerpii.



Last but not least, byłoby dużą ignorancją z mojej strony nie napisać o artystce, w której głowie zrodziły się owe tajemnicze oczy. Mowa o Aleksandrze Waliszewskiej, polskiej malarce, graficzce oraz ilustratorce, do której efektu współpracy z Neige Tees należy właśnie m.in. mój płaszcz. Artystka nieustannie zaskakuje, malując średnio jedno dzieło dziennie. Wszystki lubujących się w sztuce przyprawiającej o gęsią skórkę odysłam na http://waliszewska.tumblr.com/ oraz https://www.youtube.com/watch?v=iYKEm5KTAvM . Ja jestem nieprzerwanie zachwycona.



płaszcz: Neige Tees via neigetees.com
koszula: vintage
spodnie: Massimo Dutti
buty: Uterque
torebka: Lauren by Ralph Lauren
biżuteria: Apart, W.Kruk. Yes
kolczyki w kształcie dłoni: KOPI via kopi.com.pl

Fot. jak zawsze niezawodna Nikola Mróz <3
__________________________________________

Spodobał Ci się wpis lub chciałbyś coś dodać od siebie? Będzie mi niezmiernie miło, jeśli zostawisz komentarz ; )

Jeżeli nie chcesz przegapić nowych tekstów na blogu, zapraszam do śledzenia strony na facebook'u, na której komentuję również bieżące wydarzenia ze świata mody i dzielę się inspiracjami.


Kto śledzi mnie na instagramie, ten prawdopodobnie zdążył już zauważyć moje zamiłowanie do książek i estetycznie wydawanych magazynów. Nie ukrywam, iż największą miłością pałam do książek o modzie i to po nie sięgam najczęściej. Ogromną radość sprawia mi również ich kupowanie, szczególnie tych elegancko wydanych. Niestety, ilość profesjonalnych publikacji o modzie w języku polskim na naszym rynku wciąż jest nikczemnie mała i dość ograniczona, biorąc pod uwagę różnorodność podejmowanych tematów (ile można o Chanel i Diorze?!). Na szczęście są jeszcze księgarnie arystyczne, sprowadzające wybrane pozycje obcojęzyczne i chwała im za to. Tym niemniej chciałabym kiedyś ujrzeć prawdziwie szeroki wybór w rodzimych księgarniach, niczym w tych londyńskim. Mam nadzieję, że nie jest to mimo wszystko marzenie ściętej głowy.

Biorąc pod uwagę sytuację na przestrzeni kilku ostatnich lat, coś się jednak zmienia i  być może ma to jakiś związek z ogólnie rosnącym zainteresowaniem modą. Coraz częściej w gąszczu blogerskich publikacji o stylu (nie wszystkie są złe, co nie zmienia faktu, że spora ich część jest zbędna czy wręcz szkodliwa nie tylko dla leśnego ekosystmu) można znaleźć naprawdę ciekawe publikacje i to im mam zamiar poświęcić ten wpis. W końcu aura za oknem sprzyja czytaniu. Zapraszam zatem na mój subiektywny wybór, starałam się wybrać książki wydane niedawno, tak aby ich dostępność nie była ograniczona. Kolejność przypadkowa. 

Grażyna Hase. Miłość, moda, sztuka

Autor: Krzysztof Tomasik
Wydawnictwo: Marginesy

Peerelowska modna to niezwykle wdzięczny temat, pełen ciekawostek i nieskończone źródło inspiracji, niestety nadal traktowany po macoszemu. Jeżeli ktoś miał okazję zwiedzić wystawę "Modna i już! Moda w PRL" lub przeczytać o niej moją recenzję, to wie, iż jedną z głównych bohaterek tego wydarzenia była właśnie Grażyna Hase. Aby jeszcze bardziej zgłebić temat, ta książka jest zdecydowanie warta przeczytania. Obecna w biznesie modowym od ponad pięćdziesięciu lat, Hase jest niewątpliwie szalenie ciekawą osobą, a lektura na jej temat zawiera mnóstwo anegdot nie tylko o życiu zawodowym projektantki i jej dorobku artystycznym.

___________________

Alexander McQueen. Krew pod skórą.

Autor; Andrew Wilson
Tłumaczenie: Kamil Maksymiuk, Bartosz Czartryski, Marta Faber
Wydawnictwo: SQN


Do Alexandra McQueena mam szczególny sentyment. To właśnie od ujrzenia jego pokazu w internecie, zaczęła się moja bezwarunkowa miłość do mody, która przerodziła się w blisko ośmioletnią już pasję. Enfant terrible świata mody również gościł już na moim blogu, w najdłuższym popełnionym przeze mnie wpisie.

O McQueenie krąży wiele legend i plotek odnośnie jego zachowania i charakteru. Najczęstszym skojarzeniem jest obraz wrażliwca, nierozumianego przez świat, geniusza, który raz na zawsze zmienił oblicze mody. Trudno się z tym nie zgodzić, jednakże biografia (co istotne, w pełni zaakceptowana przez rodzinę i bliskich, którzy nie próbowali zataić niewygodnych informacji), odkrywa zgoła inne oblicze Lee.  Mianowicie okazuje się, że z projektanta było... niezłe ziółko, a jego postępowanie wielokrotnie budziło zgorszenie. O kontrowersyjności McQueena wiedziałam od dawna, tym niemniej pewne fakty mnie zaskoczyły. Lektura może i nie należy do najprzyjemniejszych, jest za to niezmiernie fascynująca. Czy pomaga w zrozumieniu procesu twórczego projektanta? Nie do końca, tym niemniej pozwala na lepsze poznanie jego zawiłej osobowości.

Niedawno w naszych księgarniach ukazała się biografia w języku polskim. Miałam przyjemność przeczytać wersję obcojęzyczną, której wydanie jest nieporównywalnie gorsze od polskiego, natomiast według obiegowej opinii nie można zarzucić poważnych błędów tłumaczeniu. W wolnej chwili mam w planach przeczytanie polskiej publikacji, wtedy ostatecznie będę w stanie wydać osąd i zaktualiować wpis ; )

____________________

 Francja Elegancja. Z historii Haute Couture

Autor: Piotr Szaradowski
Wydawnictwo: Dolnośląskie



Publikacja jest dla mnie absolutnym hitem jesieni i rozpływam się nad nią nieustannie, lecz aby trwale przyswoić jak najwięcej informacji, musiałam bardzo powstrzymywać się od przeczytania książki za jednym zamachem. O ile mnie pamięć nie myli, jest to pierwsza pozycja tego typu, wydana na naszym rynku. Jeżeli dowiadywać się o Haute Couture, to tylko od prawdziwego pasjonata i eksperta w tej dziedzinie, którym bez wątpienia jest Piotr Szaradowski, doktor nauk humanistycznych, wykładowca oraz posiadacz pokaźnej kolekcji egzemplarzy "wysokiego krawiectwa" (część z nich znajdziemy w książce). Szaradowski jest również autorem bloga Muzealne Mody. Strona co prawda nie jest już aktualizowana, niemniej jednak jej treść pozostaje prawdziwą kopalnią wiedzy oraz albumem pięknych ubrań. 

Książka w szczegółowy sposób przedstawia historię Haute Couture i co najważniejsze, nie skupia się wyłącznie na najgłośniejszych nazwiskach. Autor ponadto w przejrzysty i logiczny sposób opisuje ewolucję tego zjawiska, od początków aż po dzień dzisiejszy, finał zwieńczająć rozmową z couturierem Julienem Fournie. Publikacja jest nie tylko pochwałą rzemiosła, to także uczta dla oka wrażliwego na szatę graficzną, do tego wydana na przepięknym, eleganckim papierze. Czyta się jednym tchem i szybko żałuje, że to już koniec tej fascynującej podróży pośród haftów oraz plis.

___________________


Agencja modelek Eileen Ford

Autor: Robert Lacey
Wydawnictwo: Marginesy


Najlżejsza pozycja z tej listy, przyjemna, aczkolwiek zachęcająca do nieśmiałej reflekcji nad modowym "targowiskiem próżności". Jeżeli ktoś kiedykolwiek zastanawiał się nad tym, w jaki sposób profesja modelki stała się intratnym i pożądanym zawodem, odpowiedź znajdzie właśnie w tej książce. Za wszystkim stoi Eileen Ford- kobieta, która jako pierwsza stworzyła agencję modelek z prawdziwego zdarzenia i przyczyniła się do profesjonalizacji środowiska. To dzięki niej wiele anonimowych dziewczyn stało się modelkami-supergwiazdami. Bezkompromisowa, odważna i szczera, Eileen Ford może stanowić wzór dla współczesnych kobiet w osiąganiu swoich celów. Szkoda tylko, że książka wydana jest w iście makulaturowej wersji.

__________________

Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo.

Autor: Marek Rabij
Wydawnictwo: Biblioteka Akustyczna




Książce Marka Rabija poświęciłam osobny wpis na blogu i, co cieszy mnie niezmiernie, jest on jednym z najchętniej czytanych na mojej stronie. Obowiązkowa lektura dla osób chcących zacząć świadomie podchodzić do swojej garderoby.

Życzę przyjemnego czytania w zimowe wieczory ; )

Wszystkie okładki książek pochodzą ze strony internetowej Empiku, pierwsze zdjęcie natomiast z tego profilu.
__________________________________________

Spodobał Ci się wpis lub chciałbyś coś dodać od siebie? Będzie mi niezmiernie miło, jeżeli zostawisz komentarz ; )

Jeżeli nie chcesz przegapić nowych tekstów na blogu, zapraszam do śledzenia strony na facebook'u, na której komentuję również bieżące wydarzenia ze świata mody i dzielę się inspiracjami.

Tych butów nie trzeba już raczej nikomu przedstawiać. Kiedy kilka dobrych lat temu na polski rynek weszły buty marki Mellisa, od razu widziałam, iż prędzej czy później choć jedna para zawędruje do mojej garderoby. Od zakupu zazwyczaj jednak odciągały mnie radosne kolory oraz różnego rodzaju zdobienia, kilometry mijające się z moim poczuciem estetyki. Koniec końców zdecydowałąm się na czarne (któż by przypuszczał) balerinki, model do tej pory generalnie omijany przeze mnie szerokim łukiem.

Tym krótkim akapicikiem, niczym typowa szafiarka, mogłabym zakończyć wpis, niemniej nie byłabym sobą nie dorzucając kilku informacji odnośnie marki i jej filozofii. Po kolei zatem ; )


Założona w 1971 roku, Melissa jest wiodącą marką cieszącego się międzynarodowym uznaniem producenta obuwia Gredene. Jej buty produkuje się w 13 fabrykach, łącznie dającym zatrudnienie blisko 20 000 osobom na terenie Brazylii, skąd oczywiście melliski się wywodzą. Zdecydowanie jest to miły ukłon w kierunku lokalnej produkcji oraz pilnowania przestrzegania praw pracowników.. Corocznie 400 nowych modeli jest wypuszczanych na rynek, a łączna produkcja wynosi około 176 milionów par, które rozprowadzane są w 80 krajach dookoła globu. Jest to dość imponująca liczba. Oprócz butów, w ofercie można również znaleźć torebki, biżuterię, a nawet perfumy. Marka ochoczo współpracuje ze światowej sławy projektantami oraz artystami różnej maści, regularnie lansując specjalne kolekcje, do tej pory zaprojektowane m.in. przez Karla Lagerfelda, Vivienne Westwood, Karima Rashida, Jean Paul Gaultiera czy Zahę Hadid. Wybór jest zatem dość spory i powinien zadowolić nawet najwybredniejszych.


Wpierw jednak trzeba przekonać się do plastiku. A skoro już o nim mowa, wypadałoby doprecyzować z czego melliski są robione. Otóż w 2007 roku firma opatentowała Mellflex™, termoplastyczne tworzywo, z którego wykonuje swój flagowy produkt. Do jego zalet, poza plastycznością, zalicza się elastyczność, wodoodporność oraz wytrzymałość. Wszystkie te cechy pozwalają w teorii na stworzenie komfortowego, dopasowanego do indywidualnych potrzeb (i stóp) obuwia. Melissa nie spoczywa na laurach i nieustannie próbuje ulepszać swoją technologię, dzięki czemu możemy cieszyć się modelami w wersji zarówno połyskującej jak i matowej. Co więcej, jako flagową zaletę, firma podaje monosubstancjonalność swojego tworzywa. Jest to istotne ze względu na chęć zminimalizowania ilości odpadów produkcyjnych oraz maksymalizacji zysku z recyklingu. Bo marka chciałaby, aby jej drugie imię brzmiało "zrównoważony rozwój i ekologia" i zdaje się, iż jest na jak najlepszej drodze do osiągnięcia tego celu. Mianowicie dzięki użyciu monotworzywa, firma pratycznie w 100% wykorzystuje niesprzedane pary, przetapiając je na modele z nowego sezonu. Maksymalny recykling, minimalne zużycie wody. 



Wszystko brzmi ładnie i pięknie, ale jest jedno "ale", a na imię mu "bezpieczeństwo". Mianowicie firma reklamuje melliski jako nietoksyczne, hipoalergiczne obuwie, całkowicie nieszkodliwe dla środowiska jak i naszego zdrowia. Sęk w tym, iż informacje te nie zostały w żaden sposób potwierdzone w niezależnych testach, Melissa również uchyla się od publikacji jakichkolwiek dowodów na potwierdzenie słuszności swoich słów.

W czym tkwi problem? Jakkolwiek nie nazwać cudownego tworzywa opatentowanego przez giganta obuwniczego, Mellflex™ pozostaje odmianą dobrze nam znanego, popularnego polichlorku winylu, w skrócie PVC. W kwestii ekologii zdania są podzielone Z jednej strony plastik rozkłada się przez bardz długi okres czasu, z drugiej jednak Mellisa pilnuje recyklingu i tym samym pozbywa się tej zagwozdki. Inną sprawą jest toskyczność, której PCV nie można niestety odmówić. Chodzi przede wszystkim o związki chemiczne, uwalniające się podczas produkcji, oskarżane o powodowanie poważnych problemów zdrowotnych, m.in. zaburzeń hormonalnych czy systemu immunologicznego, o kancerogenności nie wspominając. Co więcej, związki te prawdopodobnie uwalniają się również poczas użytkowania produktu, co w przypadku użytkowania butów, mających bezpośredni kontakt z naszą skórą, może być szczególnie niebezpieczne. Nie może więc być mowy o nietoksyczności czy hipoalergiczności mellisek, Aspekt ekologiczny również przestaje być aż tak transparentny, tym niemniej moim skromnym zdaniem obuwie z Mellflex'u można uznać za dość proekologiczną alternatywę dla skórzanych wyrobów, do tego estetyczną. 




Jedno jest pewne, buty są ciekawą opcją dla wszystkich wegan, wegetarian itd, wszak przy produkcji żaden zwierz w imię mody nie cierpi. Co do wygody użytkowania, ilu posiadaczy tyle opinii. Na podstawie własnych doświadczeń mogę powiedzieć, że w upalne dni moje melliski okazały się niezawodne, po przyzwyczajeniu stopy obyło się już bez otarć. Obcasy ścierają się, ale w ślimaczym tempie i generalnie rzecz ujmując, buty są nie do zdarcia, czego moja para dała dowód podczas dwudniowego festiwalu muzycznego. Melliski znajdą również również zastosowanie jako odświeżacz powietrza w garderobie. Ich zapach jest niesamowicie intensywny, do tego stopnia, iż nawet przebywając w nich poza domem można wyczuć ich woń.


Podsumowując, czy polecam? Cóż, warto przekonać się na własnej skórze, posiadanie choć jednej pary może stanowić urozmaicenie w szafie. Zdecydowanie odradzam natomiast zaopatrywanie się w podróbki tudzież buty z tradycyjnego plastiku. Ani to ekologiczne, ani estetyczne, ani trwałe i wygodne.


marynarka: COS
spodenki, torebka: Massimo Dutti
buty; Mellisa
okulary: Brylove
biżueria: Apart, W.Kruk, Yes
kolczyki w kształcie dłoni: KOPI

fot. Dominika Dąbrowska


W ostatnim czasie dość sporo dzieje się na polskim podwórku sieciówkowym. Najpierw LPP stworzyło Tallinder, pierwszą w swojej ofercie markę aspirującą do segmentu premium i mającą być rodzimą odpowiedzią dla Massimo Dutti czy COS'a. Zanim jednak ktoklwiek zdążył przyzwyczaić się do obecności Tallindera lub w ogóle dowiedzieć się o jego istnieniu, koncern zadecydował o likwidacji marki niespełna rok od debiutu. Szkoda, pomysł był dobry, niemniej jednak nawet najlepsza promocja, której w tym przypadku również zabrakło, nie uratuje bezbarwności i nijakości, do tego miejscami w zawyżonych cenach. 



Drugą niespodzianką (choć gdyby się nad tym zastanowić, to całkiem przewidywalną) była informacja o wycofaniu się Marks&Spencer i zamknięciu wszystkich jedenastu sklepów w Polsce, co zostało uzasadnione brakiem rentowności. Doskonale pamiętam otwarcie pierwszego sklepu marki we Wrocławiu, z resztą wełniany sweter wówczas zakupiony mam do dzisiaj i sporadycznie zdarza mi się go nosić. Obawiam się, że gdybym ów rzecz nabyła obecnie, nie wytrzymałaby tylu sezonów w praktycznie nienaruszonym stanie. Na przestrzeni lat Marks&Spencer znacząco obniżyło loty w kwestii materiałów, wykonania oraz designu i ,co zabawne, stało się to do tego stopnia, iż klieci zamiast za ubraniami, deklarują tęsknotę za działem spożywczym. Trudno się nie zgodzić, ciastka i wino mieli wyborne.



Marks&Spencer nie jest odosobnionym przypadkiem.Wielokrotnie podczas rozmowy ze znajomymi mogłam usłyszeć słowa "Wszędzie jest to samo" lub "Nic mi się nie podoba, nie ma nic ciekawego". Faktycznie, gdyby w pierwszej lepszej galerii handlowej zlikwidować szyldy i wystrój pojedynczych sklepów, w większości przykładów trudno byłoby zidentyfikować konkretną markę bez zerknięcia na metkę. Oczywiście, celem sieciówek nie jest promowanie nie wiadomo jak wziosłego designu, niemniej jednak to, co skierowane jest do bliżej nieokreślonej grupy pod tytułem "wszyscy", tak naprawdę jest dla nikogo. Koniec konców i tak część z nas zdecyduje się zakup w poczuciu braku alternatywy.

Pomimo wcześniej wymienionych przeze mnie niepowodzeń, polski rynek wciąż zdaje się być atrakcyjny dla zagranicznych marek. W najbliższym czasie dwie z nich będą próbowały swoich sił. Pierwszą, należącą do grupy H&M, jest  & Other Stories, a jej wejście już od dłuższego czasu było wyczekiwane przez fanów, którzy do tej pory musieli udawać się za granicę w celu dokonania zakupu. Gdzie H&M, tam Inditex nie pozostaje dłuzny, drugim debiutem pod postacią sklepu stacjonarnego będzie zatem najmłodsza marka imerium Amancia Ortegi, czyli Uterque. To jej, jako zdecydowanie mniej u nas spopularyzowanej, zamierzam przyjrzeć się w tym wpisie. 



Amancio Ortega uwielbia kobiety i chciałby, aby w jego sklepach mogły znaleźć wszystko czego dusza zapragnie i tym samym przypadkiem nie zainteresowały się ofertą konkurencji. Stąd też po niewątpliwym sukcesie Zary, firma zaczęła stopniowo rozszerzać swoją działalność w celu dotarcia do jak najwięszej i różnorodnej grupy osób. Pull&Bear, Bershka czy Stradivarius w głównej mierze były przeznaczone dla nastolatek i kobiet 20+, Massimo Dutti dla tych ciut więcej wymagających. Stąd już o krok od dekoracji dla domu (Zara Home) i brakującego elementu okołobieliźnianego (Oysho). Ortega dostrzega jednak jeszcze jedno brakujące ogniwo, a są nim eleganckie dodatki, wszak niezbędne w garderobie każdej kobiety. W ten sposób w 2008 roku powstało Uterque, w języku łacińskim oznaczające dosłownie "jedno i drugie", "każdy z dwóch, obaj", czyli w przypadku marki  modę i akcesoria.

Pierwszym skojrzaniem, jakie przychodzi mi do głowy w związku z najmłodszą marką Inditexu, jest po prostu "lepsza Zara" lub "Zara pamiętająca swoje początki". Lwią część oferty stanowią torebki oraz buty, a także drobniejsze dodatki jak np. okulary czy rękawiczki. Co istotne, wszystkie projekty w całości powstają w Hiszpanii lub ewentualnie krajach ościennych, a skóry wykorzystywane do produkcji wyrobów galanteryjnych są włoskie. Oprócz tego w Uterque skompletujemy podstawowe części garderoby takie jak płaszcz, spodnie, marynarka, koszula czy bluzka, porządnie odszyte i z dobrych materiałów (poliestrowe koszmarki występują sporadycznie). Marka w swoich propozycjach podąża za trendami, jednak nie tak agresywnie jak Zara, i skierowana jest raczej dla kobiet nie będących na bakier z elegancją.



Czego warto szukać w Uterque? Zdecydowanie butów. Ich wykonanie zostawia daleko w tyle propozycje innych sieciówek, nawet lubianego przeze mnie COS'a, do tego niektóre pary są naprawdę oryginalne. Jedynym mankamentem są ceny, dość nieprzystępne nawet jak na tego typu markę premium. Co więcej, ich wysokość w złotówkach zdaje się być sporo zawyżona w stosunku do ceny w euro. Na szczęście oferta marki, podobnie jak w całym Inditexie, podlega sezonowej wyprzedaży. Warto więc poćwiczyć cierpliwość, bo buty zdecydowanie są tego warte. 




Decyzja o otwarciu pierwszego sklepu stacjonarnego w Warszawie mimo wszystko była dla mnie sporym zaskoczeniem. Najwyraźniej funkcjonujący od kilku miesięcy sklep internetowy Uterque cieszył się większym zainteresowaniem niż myślałam. I dobrze, mały powiew świeżości w segmencie premium nie zaszkodzi.

fot. Anna Zdziarska






buty: Uterque
płaszcz: COS
koszula: Massimo Dutti
torebka: Prima Moda
okulary: Dior
biżuteria: Yes, Apart, W.Kruk, KOPI